Powstanie Warszawskie

Właściwie z racji wieku nie powinnam wypowiadać się na tematy związane z prokreacją, ale wobec propozycji zakazu „aborcji eugenicznej” trudno zachować milczenie. Już samo to określenie, nieodparcie nasuwające skojarzenia z praktykami III Rzeszy, ma obrażać i piętnować osoby chcące zapobiec przymusowemu rodzeniu niezdolnych do samodzielnego istnienia, potwornie zniekształconych, obarczonych nieodwracalnymi, ciężkimi uszkodzeniami genetycznymi dzieci.

Oskarżenia o hitlerowską z proweniencji troskę o czystość rasy brzmią w Polsce raczej egzotycznie, toteż przyszłym rodzicom zarzuca się raczej egoizm i ucieczkę przed ciężarem pielęgnowania nieszczęsnej istoty. Nawet, gdyby faktycznie stanowiło to ucieczkę, nie byłabym skłonna rzucić w nich kamieniem, ale przypuszczam, iż znacznie częściej powoduje nimi obawa, czy dadzą radę lub realistyczna ocena własnych możliwości. Bo łatwo jest mówić:”bierz się z życiem za bary”, co jednak, jeśli ten ciężar przygniecie? Przecież tu wchodzi w grę nie tylko własna przegrana, lecz los i tak już skrzywdzonej istoty. Co się z nią wówczas stanie, gdy nasza

klęska pogłębi jej cierpienia?

Ale o tym nieco później. Skoro bowiem wspomniałam o cierpieniu takiego dziecka, zatrzymajmy się nad tym nieco dłużej.

Jak wiemy z Ewangelii, nasza wiara opiera się na dwu najważniejszych przykazaniach miłości: Boga i bliźniego, którego mamy kochać jak samego siebie. Kochać, czyli życzyć szczęścia i dobra i starać się ze wszystkich sił, by to życzenie się spełniło. I teraz odpowiedzmy sobie, tylko uczciwie i szczerze, kto z nas życzyłby sobie przyjść na świat z nieuleczalnymi wadami genetycznymi, z potwornym zniekształceniem członków lub twarzy, z wyglądem, który mimowolnie i mimowiednie wywołuje w otoczeniu odruch przerażenia, a czasami i wstrętu. Oczywiście dobre wychowanie i świadomość, że takie odruchy krzywdzą, powoduje zmianę naszego zachowania, ale dopiero wtedy, gdy sobie uprzytomnimy, cośmy zrobili. Czyli za późno! Nieszczęśnik już spostrzegł, jak inni reagują na jego widok i... cierpi. Czy chcielibyście – przeciwnicy ( niech wam już będzie) „eugeniki” być wówczas w jego skórze?! Czy powiedzielibyście, że właściwie to nic takiego się nie stało? A może moje cierpienie ma inną wagę niż bliźniego? Nie? To nie sprowadzajcie na innych tego, co wam niemiłe!

Powiecie w tym miejscu, że wam przede wszystkim chodzi o dzieci z zespołem DOWNA, a one nie są narażone na opisane powyżej doznania. Zgoda. Zwykle nie są, lecz nawet Down Downowi nierówny. Pewnego dnia oglądałam „Sprawę dla reportera”, gdzie przy okazji omawiania całkiem innych problemów pojawiły się dwie osoby z tym zespołem. Jedna to była dziewięcioletnia dziewczynka, śliczna, inteligentna, a na dodatek uzdolniona artystycznie. Jeśli to dziecko wyróżniało się czymś spośród rówieśników, to tylko in plus. Towarzyszący jej ojciec mógł być z niej w pełni dumny i wiedział przy tym, że jego córa na wszelkie szanse na szczęśliwe życie.

W drugim reportażu wystąpiła dla odmiany matka z dwudziestokilkuletnim synem. Chłopak był duży, ciężki, niezgrabny, o tępym spojrzeniu. Nie umiał mówić, porozumiewał się z matką przy pomocy nieartykułowanych, tylko przez nią rozumianych krzyków. Matka musiała go karmić, myć, ubierać. Ponieważ jego wrzaski przeszkadzały sąsiadom, ci wylewali mu na głowę wiadra nieczystości z okien swoich mieszkań. Do niego nie docierało wiele doznań, ale nie to. Wczujmy się choćby na moment w niego i w biedną matkę, gdy musi po takim incydencie ciągnąć go siłą do mycia. I jaka to dla niej pociecha, gdy powiemy, że mieszka z wyjątkowej klasy chamami! Dlatego znów ponowię swoje pytanie: czy chcielibyście być skazani na takie upokorzenia?

Do tej pory pisałam o cierpieniach psychicznych. Nie zapominajmy jednak i o ”zwykłym” fizycznym bólu. Dla części tych zdeformowanych płodów każdy oddech i każda chwila po urodzeniu stanowi niewyobrażalną mękę. Niekiedy trwa ona kilka godzin, ale bywa, że i kilka lub kilkanaście miesięcy, a nawet całe lata, zanim śmierć nie położy jej kresu. Najgorsza w tym jest całkowita bezsilność i bezradność otoczenia. Słyszy się płacz, widzi wykrzywione bólem ciałko i nie można w żaden sposób pomóc. Czy narażanie na tę mękę dziecka i jego rodziców nie jest niczym nie usprawiedliwionym okrucieństwem? Jak uważający się za chrześcijanina człowiek może się na to zdobyć? Czyście zupełnie zatracili zdolność odróżniania dobra od zła i odruchy zwykłego współczucia? Czy naprawdę sądzicie, że przerwanie życia płodu zanim rozwiną się w nim mózg i nerwy czuciowe, nie jest dla niego lepsze niż skazywanie go na późniejsze długotrwałe tortury? Czy naprawdę wybralibyście dla siebie życie pełne męki?

Przy pomocy dziwnych łamańców myślowych w zwrocie „życie człowieka” rozerwaliście oba człony. Z pierwszego uczyniliście byt samoistny, mało, ubóstwiliście go, otoczyliście kultem i składacie mu jak złotemu cielcowi krwawe ofiary, niestety nie z siebie lecz z niewinnych dzieci. Świat pod władaniem prawa, które chcecie uchwalić, napełni się rozpaczą, łzami, bólem, męczarnią bezbronnych. I to nazywacie cywilizacją życia!

A teraz powróćmy do rzekomych egoistów i wygodnisiów, czyli opiekunów tych chorych dzieci. Dobrze, gdy są to oboje rodzice, jakże często jednak cała opieka spada na opuszczoną przez partnera matkę. Gdy dziecko jest sprawne fizycznie, z trudem, bo z trudem, za cenę ogromnych wyrzeczeń i rezygnacji z własnego życia daje sobie jakoś radę. Najgorzej jest jednak z dzieckiem przykutym do łóżka. Póki jest jeszcze małe, niewiele waży, można je jeszcze wziąć na ręce, zanieść do wanny, położyć w innym miejscu, aby zmienić pościel. Ale wraz z upływem lat dziecko rośnie, staje się coraz większe i cięższe, a rodzice, jak na złość coraz mniej wydolni i silni. Jak przenieść bezwładne kilkudziesięciokilogramowe ciało, jak je umyć? I kto pomaga rodzicom w takiej sytuacji? Ależ nikt. Pracy zawodowej,wiadomo, podjąć nie mogą, od państwa otrzymują żebracze zasiłki, więc nie ma mowy o opłaceniu jakiegoś pielęgniarza, zresztą i za niezłe pieniądze niewiele osób pali się do kontaktu z niesprawnymi. Są pozostawieni samym sobie i heroicznie walczą z losem. Toteż nic dziwnego, iż największym pragnieniem wielu z nich jest, by ich dziecko umarło przed nimi, bo co się z nim stanie po ich śmierci. Czy to też nazwiemy egoizmem?

 

Może więc zamiast walczyć o każde nienarodzone życie warto by było najpierw zająć się ludźmi już urodzonymi bez względu na to, ile mają lat. A jakoś nie słychać, by do Sejmu wpłynęły projekty ustaw w tej sprawie. To po pierwsze. Po drugie zaś uważam, że każdy głos oddany za niedopuszczalnością aborcji ze względu na poważne a nieodwracalne uszkodzenie płodu powinien być traktowany jako zobowiązanie się do udzielania rodzicom po przyjściu dziecka na świat stałego wsparcia materialnego, co przy wysokości diet poselskich nie powinno stanowić problemu. Ale na tym nie koniec. Pomoc pieniężna jest niezbędna, ale rodziców należy przede wszystkim wesprzeć psychicznie i fizycznie, być u nich, rozmawiać z nimi, zobaczyć to dziecko, zająć się jego pielęgnacją. To ostatnie może dla starszych posłów i posłanek okazać się zbyt trudne, ale niech wówczas znajdą sobie wykwalifikowanego zastępcę, co ich bynajmniej nie zwolni od obowiązku częstych osobistych odwiedzin. Bez takich działań z ich strony ich deklaracje o obronie życia będą zwykłym pustosłowiem. 

 

Krystyna Narwicz

  Jesteśmy na FB i YouTube                                            ,   Profil OKW na FB