Powstanie Warszawskie

Kilka dni temu dowiedziałam się z wiadomości radiowych czegoś, w co trudno mi uwierzyć. Chodzi o audiencję M. Morawieckiego u papieża w Watykanie. Otóż Papież ponoć uznał za słuszną naszą politykę zamykani granic przed przybyszami z Południa, których wygnała ze swoich siedzib bieda i zawierucha wojenna. Jak to pogodzić z goszczeniem przez niego kilku rodzin muzułmańskich i z wieloma wezwaniami do przychodzenia uchodźcom z pomocą, do przypominania skargi Chrystusa: „byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie”? Albo więc jest to zwyczajne, ordynarne kłamstwo, albo ktoś (premier lub dziennikarze) coś tu pochachmęcił. A o pochachmęcenie jest bardzo łatwo, gdyż w tej sprawie nastąpiło dziwne materii pomieszanie.

Zacznijmy od różnic w podejściu do imigrantów z przyczyn ekonomicznych i do uchodźców uciekających przed wojną lub terrorem. Jak ci ostatni budzą w nas jakieś współczucie, tak pierwsi większą lub mniejszą niechęć. Wydaje się, iż podświadomie traktujemy ich jako jakichś wydelikaconych sybarytów, którzy chcieliby żyć sobie wygodnie i dostatnio naszym kosztem. My, ludzie Zachodu, ciężko pracowaliśmy na nasz dobrobyt, a oni przychodzą na gotowe i czekają, by pieczone gołąbki same im wpadły do gąbki. Nawiasem mówiąc właśnie tak traktowano na owym Zachodzie naszych rodaków opuszczających w latach 80-tych ubiegłego wieku kraj, w którym przecież nie było bezrobocia, bezdomności czy głodu, my natomiast okazywaliśmy dla ich decyzji daleko idące zrozumienie. W tym kontekście nasze obecne podczepianie się pod Zachód brzmi rozczulająco, nawet gdybyśmy tłumaczyli, że to na podobieństwo starorzymskiego boga Janusa mamy dwojakie oblicze, nieprzychylne dla obcych, życzliwe dla swoich.

Dobrze by jednak było, gdyby ta niechęć opierała się na jakichś racjonalnych podstawach. Tymczasem wystarczy mieć elementarną orientację na temat sytuacji w Afryce Subsaharyjskiej i „wyzwalanych” przez USA et consorces krajów Bliskiego Wschodu, by wiedzieć, iż przytoczone wyżej domniemania są wzięte z sufitu.

Wróćmy jednak do istoty problemu. Nasze uprzedzenia, krzywdzące sądy, niesprawiedliwe opinie na pewno nie służą niczemu dobremu, ale gdybyśmy nawet pod wpływem jakiegoś wstrząsu moralnego wyzbyli się ich, to wciąż pozostanie nierozwiązane pytanie, co zrobić z uciekinierami, którzy w przepełnionych, dziurawych pontonach usiłują przez morze dotrzeć do Europy. Mimo najszczerszych chęci ludzi dobrej woli jest ona po prostu za mała, by przygarnąć wszystkich ludzi, którym los i wojna zgotowała prawdziwe piekło na ziemi.

Zdawać by się więc mogło, że mają rację przedstawiciele naszego rządu i jego zwolennicy opowiadający się za tym, by uszczelnić granice zarówno przed imigrantami jak i uchodźcami, lecz za to udzielać członkom obu tym grup daleko idącej pomocy w ich miejscu zamieszkania.

A jednak nie mają, i to z wielu powodów. Jak np. uchronić na miejscu dziewczynki i młode kobiety przed porwaniami, okaleczaniem, gwałceniem, przymusowym wydawaniem za mąż itp. przez Boko Haram? Dostarczyć wojskom państw, na terenach których ta zbrodnicza organizacja grasuje, więcej nowoczesnej broni? Dozbroić policję i wzmocnić ją liczebnie, by mogła obstawić nie tylko każdą wioskę, ale niemal każdy dom, studnię i wiodącą do niej ścieżkę? Nauczyć dziewczynki sztuk samoobrony? Na pewno by to nie zaszkodziło, ale jak tego dokonać? I czy to okaże się skuteczne? Obawiam się, że znający jak własną kieszeń całą okolicę terroryści przechytrzą policję i żołnierzy.

Ten jeden przykład, pierwszy z brzegu, powinien wystarczyć do uzmysłowienia sobie, iż wobec okrucieństwa, fanatyzmu i przemocy jesteśmy właściwie bezradni, chyba że zdławimy ją siłą. Ale to oznaczałoby przystąpienie przez zjednoczone siły całego niesfanatyzowanego świata do wojny, do czego z naszej strony ze zrozumiałych względów nikt się specjalnie nie kwapi. I dlatego uważam, że trzeba być potworem, żeby uciekinierkom i uciekinierom spod kul, bomb, wybuchów min, porwań przez zwyrodnialców, tortur i śmierci w męczarniach, odmówić u siebie schronienia.

A zorganizowanie dla nich specjalnych obozów też nie jest żadnym wyjściem, bo ani nie potrafimy uchronić ich tam przed bombardowaniem i innymi działaniami wojennymi, ani nie jesteśmy w stanie zapewnić im zaspokojenia elementarnych potrzeb bytowych, o takim luksusie jak higiena już nawet nie mówiąc. Dostarczanie do tych obozów dodatkowych racji żywności, medykamentów, ciepłej odzieży, namiotów i koców to jak przyklejanie plastra na ranę. Obozy powinny być czymś przejściowym, doraźnym, tymczasem w niektórych z nich ludzie koczują już po kilka lat i nic nie wskazuje, by ich sytuacja miała się w przewidywalnym horyzoncie czasowym zmienić. Bo i niby gdzie mieliby się udać, skoro ich domy i zakłady pracy legły w gruzach, a dopóki trwa wojna, nie można ich odbudować?

Z imigracją ekonomiczną sprawa wydaje się prostsza. Niestety, tylko się wydaje. Bieda i nędza w Trzecim Świecie nie jest przecież czymś nowym. Datuje się co najmniej od

czasów polowań na niewolników, a kolonizacja, rabunkowa eksploatacja bogactw naturalnych, praktyki współczesnych korporacji i inne formy wyzysku opisane chociażby przez prof. G. Kołodkę w V rozdziale „Wędrującego Świata” też zrobiły i wciąż robią swoje.

W tej sytuacji jesteśmy po prostu moralnie zmuszeni pomagać tym, którym zgotowaliśmy taki los. Słowo „pomoc”zresztą wydaje mi się absolutnie niewłaściwe; prędzej już nazwałabym to zwracaniem zagrabionego i częściową a nieudolną i co najmniej niewystarczającą naprawą krzywd.

Prawda, piękną robotę wykonują takie organizacje, jak Unicef i PAH, zakłada się szpitale i szkoły, buduje studnie, organizuje ochronne szczepienia. Ale tego jest ciągle za mało! W Trzecim Świecie ludzi wciąż nęka głód, epidemie, choroby, a dzieci zamiast się uczyć, muszą pokonywać niekiedy i osiem, dziesięć kilometrów dziennie, by przynieść rodzinie wodę. Dodajmy do tego permanentne klęski nieurodzaju spowodowane powtarzającymi się naprzemiennie latami niesamowitych susz bądź ulewnych, wywołujących ogromne powodzie opadów, a będziemy mieli w miarę kompletny obraz nieszczęścia. Zamiast więc chwalić się, co słyszałam nieraz z ust zapraszanych do radia przedstawicieli PiS-u, naszym zaangażowaniem tam, na miejscu, w Azji i Afryce, należałoby pilnie wzmóc jego zakres i siłę.

Finanse na to znalazłyby się bez większego trudu! Wystarczyłoby choćby przestać kupować na lichwiarskich warunkach od wuja Sama Patrioty i różne inne Patriotopodobne żelastwo, bo ono naprawdę przed niczym nas nie obroni, a już mielibyśmy 7,5 miliarda zł. Gdyby dodać do tego rezygnację ze sponsorowania Fundacji Czartoryskich, czy toruńskiego imperium antychrześcijanina, jakim jest w moim odczuciu dyrektor Rydzyk, z budowy na urodzajnych gruntach gigantycznego lotniska, ze stawiania płotu przed dzikami na wschodniej granicy, podczas gdy ogniska pomoru świń przekroczyły już linię Wisły i z innych równie „przemyślanych” inwestycji, byłyby środki tak na zaspokojenie wielu potrzeb naszych obywateli jak i na zmniejszenie liczby potencjalnych emigrantów z Południa.

Sprowadzić jej do zera chyba się jednak nie da. Zawsze znajdą się tacy, którzy nie będą już mieli siły do beznadziejnego borykania się z losem i nieuczciwi, podli naciągacze, wyciągający od nich ostatni grosz i łudzący ich mirażem lepszego życia w Europie. Jeśli więc nie chcemy oglądać w telewizji topiących się w morzu ludzi, wydajmy wreszcie zdecydowaną walkę gangom przewoźników. Nie wierzę, by przy zespolonych działaniach służb specjalnych i wywiadów państw basenu Morza Śródziemnego (i nie tylko) nie udało się ich wytropić i unieszkodliwić. Natomiast tych uciekinierów, którzy jakoś dotarli do brzegu lub których wyłowiono, nie wolno odsyłać do domu, bo oni nie mają do czego wracać; toteż zarówno Italia jak Grecja przyjmują ich biorąc tym samym na siebie cały ciężar ich utrzymania. 

W tym miejscu pojawia się nowa komplikacja. Do tej pory mówiłam o podejściu do osób spoza naszego kontynentu, a tu okazuje się, iż pomocy wymagają nie tylko one, lecz i państwa południa Europy. Coraz trudniej jest upchać w w zakładanych na prędce obozach (bo o normalnym ulokowaniu szkoda nawet marzyć) wszystkich uratowanych. Coraz trudniej też jest wygospodarować środki na ich prowadzenie. Czy w tej sytuacji mamy prawo powiedzieć, że skoro te państwa nie odesłały rozbitków, to niech się teraz same o nich martwią i nie zawracają nam głowy? My pomagamy „ na miejscu” i to wystarczy.

A przecież nie przyjmując uchodźców tak właśnie mówimy! Jest to zachowanie moralnie ohydne, a politycznie krótkowzroczne i głupie. Pomijając zaszarganą opinię, ciężko pracujemy na to, by świat odpowiedział nam pięknym za nadobne, kiedy to my znajdziemy się w potrzebie. Ale na tym nie koniec.

Przeludnienie obozów wraz ze wszystkimi wynikającymi z tego konsekwencjami stanowi doskonałą pożywkę do pojawienia się zachowań patologicznych zarówno ze strony pilnujących, jak i pilnowanych. Amnesty International donosi o przypadkach stosowania wobec tych ostatnich niedozwolonych, ocierających się o przemoc i tortury środków dyscyplinowania. Kwestią czasu jest, kiedy uchodźcy zorganizują się i odpowiedzą na to czynnym oporem. Potrzebne są nam nowe ogniska zapalne? I kto zagwarantuje, że tym razem pożar, któremu nie raczyliśmy zapobiec, nie dotrze do Polski?

I wreszcie sprawa ostatnia. Nawet największy ignorant chyba wie, jakie zakłócenia w funkcjonowaniu społeczeństwa wywołuje ujemny przyrost naturalny. Już dzisiaj zaczyna brakować rąk do pracy i zarysowują się problemy z wypłacalnością emerytur, a będzie jeszcze gorzej. Niektórzy demografowie prognozują, iż pod koniec wieku populacja Polaków nie przekroczy 20-tu milionów. Jak temu zapobiec? Choćbyśmy nie wiadomo jak zwiększyli przyrost naturalny, sami, bez napływu ludzi z zewnątrz, nie damy sobie rady. Po pierwsze, nie urodzi się aż tyle dzieci, a po drugie musi upłynąć co najmniej 20 lat, zanim one staną się zdolne do pracy.

Trochę ratują nas tu Ukraińcy, co nie znaczy, by przybysze z greckich i włoskich obozów by się już nie przydali. Ale my, zamiast traktować ich jak dar z nieba, okopujemy się w swojej wobec nich niechęci.

Rozumiem, obawiamy się muzułmańskiego fanatyzmu. Ale wśród czekających na rozlokowanie są przecież matki z kilkuletnimi dziećmi oraz chrześcijanie, druzowie oraz przedstawiciele różnych innych odłamów islamu prześladowani przez fundamentalistów religijnych jako odstępcy od prawdziwej wiary. Czy ich się też boimy?

Zechciejmy też wreszcie dostrzec, że to nie nowi dokonują zamachów w Europie, lecz dzieci i wnuki dawno osiedlonych. Dobrosąsiedzkie, przyjazne, datujące się od pokoleń współżycie Polaków z Tatarami pokazuje jednak, że może być inaczej. Proces przyjmowania imigrantów trzeba oczywiście utrzymywać pod kontrolą, obwarować zastrzeżeniem, iż każda próba ominięcia obowiązującego w naszym państwie prawa spowoduje ich natychmiastowe wydalenie i rygorystycznie tego przestrzegać. Przy odpowiednich staraniach z naszej strony można więc otworzyć drzwi przed szukającymi nowego schronienia, okazać solidarność z Europą i równocześnie zmniejszyć kłopoty spowodowane niżem demograficznym. To ostatnie to korzyść materialna. Dużo ważniejsza od niej będzie jednak świadomość, iż potrafiliśmy sprostać wyzwaniu i dochować wierności ideałom braterstwa i humanitaryzmu, czyli po prostu zachować się, jak ludziom przystało.

 
Krystyna Narwicz

  Jesteśmy na FB i YouTube                                            ,   Profil OKW na FB