Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna
 

No i stało się. Podpis A. Dudy usankcjonował kolejny obłędny pomysł obecnego rządu. Jego realizacja przyniesie poważne spustoszenia  na skutek spowolnienia rozwoju intelektualnego dzieci i młodzieży.

A zaczęło się od wycofania sześciolatków ze szkoły. Porzekadło mówi o upieczeniu dwu pieczeni na jednym ogniu, co oczywiście ma wydźwięk pozytywny. Tu jednak złośliwy kucharz na rożnie obraca dwa zatrute mięsiwa szkodzące zarówno niedoszłym pierwszoklasistom jak i trzyletnim maluchom. Dla tych ostatnich bowiem w wielu miejscowościach zabraknie miejsca w przedszkolu. Skazane na nie zawsze wydolny wychowawczo dom , stracą szansę uzupełnienia braków rozwojowych i będą w przyszłości gorzej przygotowane do podjęcia nauki.  Może tu chodzi właśnie o to, by w społeczeństwie nie było zbyt wielu mądrych ludzi. Wszak niedouczonymi łatwiej manipulować. Przy okazji osiąga się jeszcze jeden cel, a mianowicie zmusza matki do porzucenia pracy zawodowej. No i bardzo dobrze. W porządnej, tradycyjnej rodzinie kobieta zajmuje się domem, od zarabiania ma męża.

Sześciolatkom również zakłócono prawidłowy, harmonijny rozwój mózgu. Dziecko w tym wieku jest doskonale przystosowane do pójścia do szkoły. Ci, którzy ze źle rozumianej troski o jego dobro i nieskracanie dzieciństwa każą mu niepotrzebnie czekać w przedszkolu lub domu, niech pomyślą, czy rozpoczęliby żniwa np. pod koniec sierpnia, żeby zboże bardziej dojrzało albo zaczęli zrywać z drzew jabłka i śliwki późną jesienią. Przecież ziarno wysypałoby się z kłosów, a przejrzałe owoce nadawałyby się jedynie na przetwory.

Mózg też ulega podobnym procesom. Czyż można się więc dziwić, że polscy uczniowie, rozpoczynający edukację na ogół później niż reszta dzieci w Europie, poświęcają w domu dwie godziny dziennie więcej od swych europejskich kolegów. Jak w świetle tego faktu ma się troska opiekunów o nieskracanie im dzieciństwa.? Pomnóżmy te dwie godziny przez lata nauki. Okaże się, że daliśmy im zupełnie niepotrzebnie rok laby, a  zmarnowali kilka lat, które mogliby przeznaczyć na rozwijanie swoich pasji, zamiłowań, kontakty z przyjaciółmi, a nawet po prostu na sen dla przemęczonych i niewyspanych.. Ale cóż. To nie ci „troskliwi” będą później ślęczeć nad książkami, zarywać noce lub - odpukać w niemalowane – przeżywać stres związany z oblaną matematyką na maturze! Wątpię, czy dowiedziawszy się o tym uczniowie będą wdzięczni państwu Elbanowskim i naszemu rządowi, który nie słuchał pedagogów i psychologii rozwojowej, lecz ludzi niekompetentnych. Na nic tłumaczenie iż tego domagała się większość rodziców. Zamiast im ulegać, trzeba było przedstawić rzeczowe, oparte na wiedzy argumenty. Wiedzy bowiem nie da się zastąpić sercem i dobrymi chęciami. Wyobraźmy sobie, do czego by to doprowadziło, gdybyśmy oddali im decydujący głos w przypadku choroby. Tu jednak słuchamy lekarza, choć on chyba nie zna i nie kocha naszego dziecka tak, jak my. Ale w Polsce to tak już jest, że gdy chodzi o some, zdajemy się na fachowców, sądzimy natomiast, iż z psyche to każdy da sobie radę.

Powodem opóźnienia obowiązku szkolnego miało być nieprzygotowanie szkół do przyjęcia maluchów. Czas najwyższy obalić tę bzdurę Po pierwsze nikt nie mówił o szkolnej nauce maluchów. Maluch to dziecko z najmłodszej grupy w żłobku lub przedszkolu. Sześciolatek to STARSZAK. Powiedzcie mu, iż jest maluchem, a na pewno się obrazi. Ale ponieważ hasło „ratujmy starszaki” brzmiałoby komicznie, zdegradowano go do poziomu nieporadnego dzidziusia.

A co tym nieprzygotowaniem szkół? Odpowiem pytaniem na pytanie.: a na czym to miałoby polegać? Na wyposażeniu w odpowiedniej wielkości mebelki, małe muszle i niskie umywalki? Większość szkół je posiada. Ogródki i pokoje zabaw i odpoczynku? Też są. Czego więc brakuje poza życzliwością i dobrą wolą? A poza tym, w ilu to domach dostosowuje się wysokość stołu i wyposażenie łazienki do wzrostu dziecka? I jakoś nikt nie mówi, że to jest niezbędne do prawidłowego funkcjonowania małego członka rodziny.

Zarzut niedostosowania dotyczy  nie tylko sześciolatków, lecz wszystkich uczniów nauczania początkowego, bo oni po przekroczeniu siódmego roku życia nie staną się od razu znacznie bardziej dojrzali i samodzielni. Chodzi o to, że godziny pracy rodziców „rozjeżdżają się” z czasem trwania zajęć. Dla osób zarabiających grube tysiące nie stanowi to większego kłopotu. Ich stać na opłacenie opiekunki. Większość pracujących na taki luksus nie może sobie jednak pozwolić. Ich dzieci są skazane na przebywanie przez dłuższy czas w tym samym budynku i w tym samym otoczeniu. A to męczy. Poza tym świetlica nie jest z gumy.  W przedszkolu nie było takiego problemu; można było zaprowadzić tam dziecko o 7. rano, a odebrać o 17. Cóż więc prostszego, niż dopominać się, by zostało w nim dłużej. Co prawda za rok znów będziemy łamać sobie głowę, co zrobić z latoroślą, ale na razie mamy odrobinę spokoju.

Czy wolno się dziwić dorosłym, że tak postępują? Absolutnie nie! Każdy przecież ucieka od kłopotów, jeśli tylko może, zwłaszcza gdy naprawdę nie wie, jak sobie z nimi poradzić. Tu rodzinom powinno przyjść z odsieczą państwo, organizując dodatkowe świetlice w szkole i na osiedlu, powołując kluby sportowe, tworząc różnorakie placówki wychowania pozaszkolnego, wzmacniając finansowo TPD od lat specjalizujące się w ich prowadzeniu, rozwijając sieć młodzieżowym domów kultury. Pewną rolę w pożytecznym zagospodarowaniu dzieciom czasu mogłoby również odegrać harcerstwo, choćby przez zakładanie popularnych niegdyś drużyn podwórkowych.

 

Uff! Chyba o „pozytywach” odroczenia obowiązku szkolnego napisałam dużo, choć parę argumentów jeszcze by się dało przytoczyć. Ale przejdźmy do ostatnich wyczynów MEN-u. Pamiętamy, jak Chrystus zapowiedział, iż po zburzeniu Świątyni Jerozolimskiej na trzeci dzień ją odbuduje. MEN, jak cały zresztą rząd, w swoich obietnicach idą znacznie dalej. Im nie wystarczy zburzenie jakiejś tam jednej budowli, chcą w ciągu jednego roku rozwalić cały ustrój szkolny i odtworzyć go w nowym kształcie. Nie wiadomo, czego tu więcej: buty i megalomanii, czy braku wyobraźni! Jak gdyby przeczuwając te kpiny jeden z posłów PiS-u stwierdził  niedawno w rozmowie telewizyjnej, że prace nad reformą szkolną trwają od dawna, ale nie podał żadnych dat ani nazw organizacji, z którymi rzekomo miano ją omawiać. Ile osób brało w nich udział?  A zresztą, jeśli te konsultacje wyglądały tak, jak to przedstawił S. Broniarz w „Trybunie”, to jakie one miały znaczenie? Toteż znamienne jest, iż przewidując widocznie klapę całego przedsięwzięcia Prezydent zaapelował do samorządów, by nie blokowały „dobrej zmiany” Takich apelów do tej pory nie było. Ale tym samym zostało powiedziane, kto za tę klapę będzie odpowiadać.

Tak więc personalnie karę poniosą obecni samorządowcy , ale koszty, nie tylko zresztą materialne - całe społeczeństwo.

 Reforma z 1999 r. była źle pomyślana. Fatalne skutki przyniosło skrócenie nauki w liceach. Gimnazja jako samodzielne, pośrednie ogniwo między podstawówką a liceum też nie miały żadnego uzasadnienia. Wszyscy pamiętamy, ile kłopotów przysporzyły one w pierwszych latach swego funkcjonowania. Nie zmienia mojej negatywnej oceny tego tworu fakt, że podobno uporały się one z pierwotnymi trudnościami. Wszak wysokiego poziomu umysłowego ich absolwenci nie zawdzięczają temu, że uczyli się odrębnych budynkach i mieli nowych dyrektorów, lecz że dano im dostęp do nowocześnie wyposażonych pracowni przedmiotowych, stworzono wreszcie dobre programy, a nauczyciele wypracowali odpowiednie metody wychowawczo-dydaktyczne dla tej grupy wiekowej. Ale skoro tak się stało, to tego dorobku nie wolno zmarnować! A tak będzie, gdy je po prostu zepchniemy w niebyt.

Tymczasem jest rozwiązanie i to nawet niezbyt skomplikowane. Zostawmy gimnazja jako gimnazja, obojętnie już, czy jako twory samodzielne, czy najwyższy szczebel szkoły podstawowej. Zlikwidować trzeba psu na budę potrzebny egzamin po 6. klasie. Niby nie przesądza on o dalszym toku nauczania, ale  żadna szkoła nie chce, by jej absolwenci źle na nim wypadli i dlatego zamiast podawania nowych wiadomości ostatnie półrocze przeznacza się w praktyce na "walkę " z testami.

Zniknął by powód do pospiesznego przygotowywania podstaw programowych i podręczników. Zyskalibyśmy natomiast czas na spokojne wydłużenie o rok nauki w liceach i technikach. Już Platon mówił, że pełne wykształcenie człowiek osiąga w wieku 40. lat, to tym bardziej będzie czego uczyć w ostatniej klasie dzisiejszą młodzież. Wszak w ciągu tych kilkunastu wieków dzielących nas od Starożytności bardzo się poszerzyło i pogłębiło nasze widzenie świata. W takiej szkole można by wreszcie przywrócić propedeutykę filozofii i logikę, wprowadzić jakieś elementy znajomości prawa, utrwalić zdobywaną wiedzę. Może też wówczas udałoby się uniknąć takich  sytuacji, że uczniowie mają fizykę na siódmej godzinie lekcyjnej.

Powie ktoś, iż na to trzeba pieniędzy. A na proponowaną reformę – choć słuszniej byłoby nazywać ją „deformą” lub deformacją – to nie trzeba?! Myślę, iż co najmniej tyle samo, jeśli nie więcej. Między zgłoszoną przeze mnie propozycją a tym, co zakłada nowe Prawo Oświatowe, jest jednak zasadnicza różnica. Pierwsza zapewnia uczniom gruntowniejsze wykształcenie, drugie rujnuje i burzy w systemie szkolnym oraz w życiu rodzinnym i w otoczeniu społecznym szkół wszystko, jak leci, nie dając nic wartościowego w zamian.

Na zakończenie wypadałoby coś powiedzieć o tym, co najważniejsze, tzn. o proponowanych treściach nauczania. Niestety, jak słyszeliśmy, gotowych programów jeszcze nie ma. Ich wypracowaniu ma być poświęcony właśnie bieżący rok. Na razie skazani jesteśmy na domysły i przecieki. Wystarczy jednak zapoznać się ze stanowiskiem zaniepokojonych deprecjacją teorii ewolucji naukowców z PAN-u, by mieć jak najgorsze przeczucia. Czyżby nasi uczniowie  mieli się uczyć o kreacjonizmie? Tego wymaga ojczulek z Torunia?

O spodziewanych zmianach w nauce historii lepiej nie mówić. Wiadomo, że im dłużej i bezsensowniej ktoś wojował, tym większym będzie bohaterem, nawet gdyby obciążały go morderstwa i rabunki dokonywane na ludności cywilnej. Praca dla kraju przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie, a już szczególnie wtedy, gdy dotyczyła czasów Polski Ludowej. Przecież chyba tylko skończony głupiec nie rozumie, iż jej należało ze wszystkich sił szkodzić. A że szkodząc znienawidzonemu państwu szkodziło się zarazem jej obywatelom? No to co! Za to też się to państwo obwini!  Były puste półki w sklepach? Były. A były nieustanne, demolujące gospodarkę, a wybuchające pod  byle pretekstem strajki? Tych dwu faktów jednak jakoś się z sobą nie kojarzy.     Reasumując, zapowiada się  nam szkoła skrajnie zideologizowana, szerząca wsteczne teorie naukowe, będąca na bakier ze współczesnością. 

 Rację ma S. Broniarz, że jeśli mamy reformować szkołę, to nie zaczynajmy od środka, lecz od przedłużonego, bez żadnej potrzeby, nauczania początkowego. Ja bym powiedziała, że nawet wcześniej, bo od uczelni kształcących nauczycieli, od tego,  by od najmłodszych lat uczyć dziecko, jak należy się uczyć. No i trzeba mieć wizję, jakiego człowieka chcemy wyedukować i wychować,  bo to, co  nam sugeruje spot reklamowy o trójce absolwentów "dobrej szkoły", to stanowczo za mało. Zwróćmy uwagę, iż wśród nich nie będzie ani jednego humanisty!

 

Krystyna Narwicz

 

 

  Jesteśmy na FB i YouTube